To już chyba ostatni jesienny plener - tym razem krótki wypad do Milicza...
Stawy Milickie, położone na północ od Wrocławia, zajmują gigantyczny obszar ok.77 km². Założone jeszcze w czasach średniowiecznych przez cystersów, do dziś szczycą się wyjątkowo smacznymi karpiami. Podobnego zdania z pewnością jest wiele gatunków ptaków, które na owych stawach czują się zapewne jak w dobrej restauracji ;-). Część tutaj gniazduje, część zatrzymuje się tylko podczas wiosennych i jesiennych przelotów. Można spotkać tu zarówno orły bieliki, błotniaki stawowe, żurawie, czaple siwe i białe, gęgawy, perkozy rdzawoszyje, dwuczube, łyski, sieweczki, kropiatki - jednym słowem ponad 250 gatunków fruwającego pierza ;-). Dzięki temu, już w 1963 roku większość stawów zostało objętych ochroną ścisłą, a w 1995 roku rezerwat został wpisany na listę terenów chronionych w ramach konwencji ramsarskiej, chroniących obszary wodno-błotne. W roku 2000 znalazł się w programie Living Lakes jako jeden z 13 unikalnych obszarów wodnych na świecie.

Do Milicza dojechałam w piątek wieczorem. Całą drogę towarzyszył mi bardzo silny wiatr, który w krótkim czasie piękne, błękitne niebo zasnuł gęstymi chmurami. Straciłam nadzieje na ładny zachód słońca, ciemno zrobiło się przed czasem... nad stawami zawisła noc.
Następnego dnia - 5:20 pobudka. Szron na szybach samochodu zapowiadał mroźny, ale pogodny wschód słońca. Dlatego było jeszcze ciemno, kiedy już się znalazłam na jednej z licznych grobli rozdzielających stawy. Rzut oka przekonał mnie, że szans na jakieś niezwykłe ptasie połowy raczej nie mam - gdzieś daleko przysiadły sieweczki, bliżej pływały kaczki krzyżówki, a nad głową przelatywały dzikie gęsi i czaple siwe...
Blisko mnie przemknął pan lis... było pięknie! :-)
Mrok rzedniał, księżyc powoli chował się za horyzont - oddając pole słońcu...
W dzień zrobiłam małą wycieczkę ścieżką przyrodniczą za Krośnicą (na południowy wschód od Milicza).
Teren rezerwatu jest bowiem bardzo rozległy, ale miejsc, gdzie można bez pozwolenia wejść - niewiele.
Październik w tych stronach to czas złocistych grobli wysadzanych dębami, brzozami i bukami
...oraz czas odłowów. W tym celu woda spuszczana jest ze stawów i zanim zostaną na nowo "nabite" wodą - wyglądają jak wielka, błotnista kałuża ;-)
Na szczęście część stawów wciąż miała wodę. Na jednym z nich dojrzałam łabędzie. Nie wzbudziły we mnie zachwytu - w końcu to ptaki, które spotyka się praktycznie na każdym jeziorze czy stawie. Dopiero dokładniejsza obserwacja ucieszyła mnie bardzo - tak, były to łabędzie - ale krzykliwe! :-)
Zachód słońca zapowiadał się równie pięknie co wschód. Postanowiłam więc wybrać się aż za Radziąc (ponad 30 km na wschód od Milicza), na dalej położone stawy, gdzie podobno była szansa spotkania dzikich gęsi i czapli białych.
Niestety, kiedy już dojeżdżałam na miejsce - słońce schowało się za cienką warstwę chmur, zapowiadając rychłą zmianę pogody. Kolory zgasły.
I tylko księżyc na wciąż bezchmurnym wschodzie wzeszedł nad stawem, rzucając ciepłe światło na wodę i śpiące w oddali czaple białe...
Nad stawami powoli rozlała się noc.
Rano chmury i przelotne deszcze... czas powrotów.
I chociaż krótkie było to moje pierwsze spotkanie ze Stawami Milickimi, mam nadzieję, że przyjdą kolejne.
Jest to bowiem miejsce, do którego chce się wracać...