Podobno "jesienią góry są najszczersze... ", a jesień w Bieszczadach jest najpiękniejsza...
Ruszyłam zatem na południe, by łapać kolor, póki wiatr go nie porwie... a czasu było niewiele, bo choć słońce świeciło wspaniale - fen (czyli to co w Tatrach nazywamy halnym :-)) - hulał jeszcze lepiej ;-)
Jeszcze pierwszego dnia udało się złapać pierwszy bieszczadzki zachód słońca - z Caryńskiej. Powrót już po ciemku, z latarką czołówką kosztował mnie wywichniętą kostkę. Nie dobrze...

W związku z wciąż niepewną sytuacją w moim układzie kostno-mięśniowym - świt przywitałam w bukowym lesie, licząc na jesienne klimaty z mgłami... Klimaty były, ale niestety bez mgiełek, które z powodu wiatru okazały się w ogóle produktem mocno deficytowym...
Więcej o bukach napiszę jednak osobno...
Tymczasem droga przez bukowy las zaprowadziła mnie na Szeroki Wierch.
Dzień już nie był długi i wkrótce barwy w dolinach nabrały soczystej barwy, a cienie zaczęły się wydłużać...
Zachód słońca tym razem zastał mnie na Tarnicy z pięknym widokiem dookoła...
Skoro przeżyłam Tarnicę i nocne zejście do Wołosatego - pokusiłam się o zdobycie Caryńskiej raz jeszcze - tym razem przed wschodem słońca :-)
I warto było...
Schodząc już ze szczytu dojrzałam w jednej z dolin... mgłę... :-)
Po południu - dla odmiany po Caryńskiej - podeszłam na Połoninę Wetlińską, by zajrzeć na chwilę do słynnej "Chatki Puchatka" (niestety z powodu słonecznego weekendu niezbyt sympatycznej z powodu panującego tam tłoku) i ruszyć dalej, w kierunku zachodnim - na Osadzki Wierch. Tu ludzi już prawie nie było, oprócz paru znajomych fotografów z którymi wspólnie wędrowałam :-).
I znowu - niskie słońce jak reflektor punktowy zaczęło podświetlać bohaterów bieszczadzkiej jesieni...
Doliny obserwowane z góry bardziej przypominały pejzaże z dawnych landszaftów niż realny świat...
powoli dzień się kończył - i kończył się też mój czas w Bieszczadach...
w dali majaczyły szczyty Tatr... ciekawe, czy tam też tak wiało? ;-)
Nad Bieszczadami zabłysł księżyc...
czas wracać...